Recenzje filmowe
„Zielona granica”
Recenzje filmowe
„Zielona granica”
Polska stała się chlewem. Nowoczesnym, bo wyposażonym w projektory oraz ekrany. Setki tysięcy inteligentnych (inteligenckich?) świń na ślepo ruszyło do kin, by obejrzeć obraz potępiany przez „najwyższe” władze kraju. Nawiązanie Prezydenta Andrzeja Dudy do czasów faszystowskiej okupacji czy próby inspirowania linczu na twórcach przez kolejnych polityków uważam za skrajnie parszywe i niegodne. Szczególnie, że nikt z tych „recenzentów” filmu nie oglądał. Choć fakt, żadna agencja PR-owska, nie potrafi w przestrzeni promocji (propagandy?) tyle, co partia rządząca. Kina są wręcz oblegane!
Od dnia premiery padły już wszystkie słowa, które paść powinny, miały, mogły czy musiały. Nie będę przytaczać opinii inspirowanych przez prawicę hejterów, dość napisać, że popularny serwis Filmweb z uwagi na zmasowany atak jej zwolenników, zablokował możliwość komentowania. Nieoglądający filmu „amatorzy” kinematografii oceniali film na 1/10 (wielokrotnie), a ci którzy widzieli zazwyczaj powyżej między 7 a 9. Było już także o tym, że to „zbiorowa, narodowa terapia”, albo takowa „pokuta”. Było o tym, że to nie jest film antypolski (antypisowski, owszem). Było o tytułowej granicy, że stanowi jednocześnie granicę człowieczeństwa. Było wreszcie, o tym, że Agnieszka Holland nie szkaluje polskiego munduru, a pokazuje opowieść o ludziach – dobrych i złych. Ze wszystkim powyższym z pełną stanowczością i świadomością się zgadzam, przy czym nie zamierzam analizować zanalizowanych (sic!) już opinii. W tych niezliczonych ocenach i „ocenach” zabrakło jednak wejrzenia w artystyczne wartości produkcji. „Zielona granica” to film bardzo ważny i potrzebny. Niestety nie jest to porywające kino, nie pozbawione błędów i zwyczajnie złych momentów. Film jest niejednoznaczny gatunkowo – chce być jednocześnie fabułą i dokumentem. Wielość postaci pozwoliła jedynie na ich zarysowanie, zabrakło pełnych, wyczerpujących portretów.
Reżyserka podzieliła obraz na cztery akty, w każdym wysuwając na pierwszy plan poszczególnych bohaterów. W pierwszej części poznajemy „podmiot” zdarzeń, czyli rodzinę uchodźców z Syrii oraz dołączającą do nich przypadkiem Leilę, uciekinierkę z Afganistanu (wspaniała, poruszająca kreacja Behi Djanati Atai). Oglądamy ich w samolocie zmierzającym do Mińska. Normalna rodzina, posługująca się wszelkimi zdobyczami współczesnej technologii. Tak uchodźcy mają telefony komórkowe! Tak dzieci uchodźców, grają w gry i oglądaj głupie filmy na You Tube! Błyskawiczny proces zmiany tej sytuacji poraża. Nie mija kilka minut w filmowym świecie, gdy oglądamy ich jako zagubionych, zdesperowanych i totalnie zdezorientowanych ludzi w środku ciemne i zimnej podlaskiej puszczy. Poniżonych i pozostawionych samych sobie, bez jedzenia, picia, ubrań... Gdy dodamy do tego brutalność białoruskich służb oraz obrzydliwe metody polskich pograniczników, ich sytuacja staje się totalnie beznadziejna. Ta część filmu jest bezlitośnie poruszająca, przerażająca i wzruszająca, a potęgują to wręcz reporterskie zdjęcia Tomasza Naumiuka. Nie ma możliwości, by po policzku nie pociekły łzy. Nie raz też ciało przeszywa strach i intensywny wkurw, powodowany zachowaniem funkcjonariuszy i to z obu stron granicy. Białorusini zostali pokazani jako bezlitośnie obleśne kreatury. Jedynie niektórzy z polskich pograniczników zostali ujęci jako nadgorliwi służbiści, albo wspomniani w początku „źli ludzie”. Zapewniam nie ma tu miejsca na uniwersalny portret służb. Nie ulega też wątpliwości, że push-backi nie odbywały się z oddolnych inicjatyw mundurowych. A rozkaz to rozkaz! Choć obrzydliwe jest, że przecież za rozkazem też stoją ludzie. Ludzie?
To próbuje wyjaśnić kolejna część filmu, w której na pierwszy plan wysunięty został młody pogranicznik Jan (bardzo dobra, przemyślana rola Tomasza Włosoka). Jego rozterki, wątpliwości, a wreszcie przemiana przeczą hejterom zarzucającym Holland szkalowanie munduru. Reżyserka pokazuje, że pod moro jest człowiek z wolną wolą, szczególnie wyboru między złym a dobrym. Ilu takich młodych chłopaków służyło (i wciąż służy) przy wschodniej granicy? To także widać w figurach policjantów – bezdusznych, aroganckich wykorzystujących „władzę” w zamkniętym sektorze. Niestety dalej tak czytelnie nie było… Scena natchnionej przemowy dowódcy wypada komicznie i niewiarygodnie (chyba, że to pastisz „amerykańskich” pełnych patosu i moralizatorstwa wystąpień). Szybko idą w zapomnienie, a wydające się kluczowe dla owego portretu służb sekwencje zdobycia zaufania, w której jeden z nich nagrywa telefonem spożywanie alkoholu, albo rzyganie po zetknięciu się ze zwłokami. Niestety nie udało się także sugestywnie nakreślić prywatności Jana. To egzaltowany związek z ciężarną Kasią oraz niezborne sceny zbiorowe, bezskutecznie próbujące umiejscowić bohatera w jakimś społecznym kontekście.
Trzecia część to próba pokazania heroiczności wolontariuszy osławionej „Grupy Granica”. Nie rozumiem, dlaczego Holland zawęziła tę grupę do zaledwie kilku postaci, do tego pokazując ich jako niepoważnych ekscentryków, komicznych anarchistów rodem z początku lat ’90 XX wieku. Jedyną racjonalna postacią jest Marta, świetnie zinterpretowana przez Monikę Frajczyk. Nadanie przedziwnych, irytujących cech charakteru pozostałym członkom grupy, choćby Żuku (mimo wszystko ciekawa Jaśmina Polak) jest zupełnie niepotrzebnym zakłóceniem. A wrzucenie w tę przestrzeń problematyki trzeciej płci (Sasza – Michael Zieliński), wybrzmiało groteskowo. Jednak wiele dowiadujemy się nie tylko o ich działalności, ale też moralnych dylematach, wynikających z prawa wymuszonego przez wprowadzenie przez rząd stanu wyjątkowego. Każda ze sfilmowanych akcji pomocy uchodźcom w lesie chwyta ze serce. To bardzo mocne, świetnie zrealizowane sekwencje. Pielęgnacja odmrożonych stóp uchodźców, nawiązująca do ich obmywania przez Jezusa Chrystusa (bezinteresowna służba), to piękny hołd dla wolontariuszy „Granicy”.
Ostania z części filmu poświęcona jest Julii – nowej mieszkanki Podlasia, spontanicznie włączającej się w akcje „Granicy”. Kreacja Mai Ostaszewskiej zasługuje na najwyższe uznanie. Nie bez wpływu na efekt jej pracy nad rolą miało osobiste zaangażowanie aktorki w działania na granicy w momencie kryzysu. Ta część filmu przynosi jednak rozczarowanie. To nagromadzenie złośliwości reżyserki względem obecnych polskich władz. To infantylna tyrada Bogdana vel Macieja Stuhra na temat PiS-owskiej władzy (po co ta dosłowność?), to źle skrojona postać Basi w wykonaniu Agaty Kuleszy, albo nieskończona kreacja Magdaleny Popławskiej. Jedni z najlepszych polskich aktorów zostali tu w pewien sposób „użyci”. Ich role nie mają wybitnego charakteru, to epizody nakreślone grubą krechą i gestem, służące konkretnej wymowie. Zupełnie niepotrzebny zabieg, szczególnie, że obraz Holland z założenia ma charakter uniwersalny (międzynarodowy). Coś bardzo niedobrego wydarzało się w przestrzeni dialogów – są źle rozpisane, sztuczne. Absolutną zaś pomyłką wydała mi się teledyskowa konwencja rapowanego songu przez młodych uchodźców i dzieciaków Bogdana.
Mimo charakteru opowieści, Agnieszka Holland pozwoliła sobie także na wyszukane żarty, stanowiące swoiste wentyle. To między innymi próba rozmowy wolontariuszki „Granicy” z młodziutkim Nurem przy pomocy translatora, w której chłopak myli żubra z żyrafą, to także postać ekscentrycznej (irytującej?) Żuku. Jednak najbardziej bezlitosnym (i błyskotliwym zarazem) „żartem” Holland jest umiejscowienie jednej ze scen w słynnym Jeruzalu vel Wilkowyjach, czyli wsi, w której toczyła się akcja kultowego serialu „Ranczo”. Syryjska rodzina siedzi przed sklepem „U Krysi” czyli serialowej Więcławskiej. Za plecami mają wyblakłą, wymalowaną na ścianie pawilonu unijną flagę (wcześniej padają także słuszne oskarżenia wobec braku reakcji UE na uchodźczy kryzys). Widać także kościół, w którym proboszczem był Piotr Kozioł. Serial chodzi za kultowy, wielu z uwagi na polityczny wątek (przypominający PiS) określało go także „proroczym”, tym samym użycie go przez reżyserkę uważam za wysublimowaną ironię!
PS. Epilog i nachalna próba pokazania, że dziś mamy więcej współczucia dla psów, kotków i kanarków ukraińskich uchodźców jest niesmaczny. Scena ociera się o kreowanie hejtu wobec Ukraińców uciekających do Polski przed rosyjską agresją.




